Pokazywanie postów oznaczonych etykietą events. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą events. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 listopada 2017

Restaurant Week to odbywający się regularnie od 2014 roku festiwal restauracji. Uczestniczą w nim tylko wybrane i najlepsze restauracje z całego kraju. Goście rezerwują stolik w wybranej restauracji i mogą cieszyć się jednym z dwóch menu degustacyjnych (wersja wegetariańska i mięsna) w promocyjnej cenie (w tym roku dla nowych klientów było to 49 zł, powracający miłośnicy festiwalu otrzymali 10% zniżkę).



W tym roku odbyła się jubileuszowa 10 edycja festiwalu. Uczestniczyło w niej ponad 400 restauracji z 30 miast Polski. Z edycji na edycję Restaurant Week cieszy się rosnącą popularnością, goście w przystępnej cenie mogą spróbować trzydaniowego menu z ekskluzywnych i drogich na co dzień restauracji. Spośród wielu warszawskich propozycji wybraliśmy Warung Jakarte i Drukarnie. 



Warung Jakarta to otwarta w 2016 roku restauracja serwująca kuchnię indonezyjską. Samo słowo Warung odnosi się do małej rodzinnej restauracji czy też kawiarni w Indonezji. Kuchnia indonezyjska pełna jest orientalnych i aromatycznych przypraw. Odnajdą się w niej miłośnicy mięsa - popularny jest tu kurczak i wołowina, ale także wegetarianie, na których czekają ryby, owoce morza, tofu czy też tempeh. Głównym dodatkiem do dań, jak na Azję przystało jest ryż. W majowej edycji festiwalu Warung Jakarta została uznana przez gości za najlepszą restaurację w Warszawie. 

W październikowej edycji spróbowaliśmy dwóch menu:

Wariant mięsny
Przystawka 1: Kokosowy krem z batatów z domowej roboty oliwą chilli
Przystawka 2: Talerz tradycyjnych indonezyjskich przystawek: satay z marynowanej krewetki, marynowany tempeh, lumpia z kurczakiem i krewetkami.
Danie główne: Marynowana pierś z kaczki sous-vide na warzywach stir fry z sosem z północnego celebesu dabu-dabu oraz kecap manis. Podawany z czerwonym i białym ryżem.
Deser: Pisang Keju - kawałki banana w panierce z kokosa z cheddarem, śmietanką kokosową oraz gorzką czekoladą.

Wariant wegetariański
Przystawka 1: Kokosowy krem z batatów z domowej roboty oliwą chilli
Przystawka 2: Talerz tradycyjnych indonezyjskich przystawek: satay warzywny, marynowany tempeh, lumpia z warzywami.
Danie główne: Długo marynowane tofu sous-vide z cytrusowym sosem sweet chilli kecap manis, na makaronie soba z orzeszkami ziemnymi i pestkami słonecznika z nutą oleju sezamowego.
Deser: Pisang Keju - kawałki banana w panierce z kokosa z cheddarem, śmietanką kokosową oraz gorzką czekoladą.

Pierwszy dotarł do nas krem z batatów. Nie jesteśmy miłośnikami kremowych zup, jednak mieszanka słodkich batatów, delikatność mleczka kokosowego oraz ostra i wyrazista oliwa chilli sprawiła, że miski zostały opróżnione szybciej niż się pojawiły. Zupa idealnie rozgrzewa i pasuje do chłodnej jesiennej pluchy za oknem.



Jako drugie na nasz stół trafiły zestawy indonezyjskich przystawek. Dobrze doprawione miękkie sataye, indonezyjski odpowiednik sajgonek - lumpia w połączeniu z sosami oceniamy zdecydowanie na plus. Wszystko miało smak, nie było mdłe. Niestety tempeh - czyli marynowane, sfermentowane ziarna soi podawane w formie krakersa nie zachwyciły naszych kubków smakowych. Były suche i mdłe, jednak jak inaczej może smakować sfermentowana soja?

Po drugiej przystawce kończyło nam się miejsce w brzuchach, jednak cały czas z niecierpliwością oczekiwaliśmy na kolejne dania.



Danie główne - kaczka sous-vide. Metoda sous-vide polega na długim gotowaniu mięsa lub warzyw w niskiej temperaturze w celu zatrzymania w potrawie wszystkich soków. Mięso było soczyste i kruche, dodatek sosów idealnie podkręcał jego smak. Porcja była ogromna, jednak ze względu na walory smakowe, szybko zniknęła z talerza.


Niestety makaron z tofu był zdecydowanie za ostry i nie dało się go zjeść. Pomimo naszej miłości do dań ostrych w potrawie czuć było tylko palący sos. Dodatkowo danie na nasz stół trafiło zimne. Jedynie marynowane tofu było smaczne i mięciutkie. Podsumowując danie było bardzo przeciętne i nie umywało się do kaczki.


Ostatnią kulinarną przygodą w Warung Jakarta był banan w panierce z cheddarem. Połączenie z pozoru może wydawać się co najmniej dziwne, jednak całość idealnie ze sobą grała. Deser był rewelacyjny i na pewno jeszcze nie raz na niego przyjdziemy.


Drugim miejscem które odwiedziliśmy była Drukarnia. Jest to stosunkowo nowe miejsce otwarte w budynku dawnej drukarni Naukowo-Technicznej na Pradze Południe. W ogromnej przestrzeni znajdziemy nie tylko wspomnianą restaurację, ale także kuchnię uliczną (Dzienna) oraz klub. Za kuchnię odpowiedzialny jest Marcin Molik i powiedzmy to szczerze, robi robtę! Drukarnia zaproponowała nam:

Wariant mięsny
Przystawka: Domowy mini pączek z wołowiną w chrzanie, chipotle, relish pomidorowy z gorczycą oraz świeżymi warzywami.
Danie główne: Kacza pierś, porzeczkowe kuli z puree szafranowym oraz brukselką z orzechami.
Deser: Florentynka z mascarpone i marakują

Wariant wegetariański
Przystawka: Domowa mini buła, burger z cieciorki, kiszonych buraków i świeżych ziół. Podany z sosem aioli i warzywami.
Danie główne: Samopsza z pastą miso, borowikami, jajkiem poche oraz pieczonymi warzywami.
Deser: Florentynka z mascarpone i marakują





W przystawkach zdecydowanie królował burger wołowy. Pączek, mięciutka wołowina, sos, kompozycja idealna. Frytki w obydwu zestawach można byłoby poprawić, wersja warzywna była trochę za sucha, nie pasowała do tego dania, a ziemniaczana delikatnie przeciągnięta.



Danie główne i znowu kaczka. Poprzednią byliśmy zachwyceni, jednak kaczka z Drukarni przebiła danie z Warung Jakarta. Miękka, soczysta, podana na puree szafranowym. Nawet brukselka, która jest naszą przedszkolną zmorą okazała się petardą. W drugim daniu pieczone warzywa, te które znajdowały się też w przystawce były znacznie mniej przypieczone. Danie wegetariańskie (nie do końca wiemy jak je nazwać, nie jest to zupa, nie jest to sos) pobudziło nasz kubki smakowe. Połączenie wyraziście grzybowego sosu, samopszy, chrupiących pieczonych warzyw i zrobionego w punkt jajka można porównawać do zaserwowanej tu kaczki. Po daniach głównych, wiedzieliśmy, że na pewno tutaj wrócimy.


Deser. Tutaj trzeba się na chwilę zatrzymać, po pierwsze nad lodami. Do florentynki kucharz dołączył lody o smaku - uwaga! żywicznym. Po pierwszym kęsie, zaczęliśmy obmyślać plan jak wkraść się do kuchni i  zjeść całe opakowanie. Sama florentynka była idealnym zwieńczeniem tej kolacji.

Podsumowując: Obydwa miejsca, które odwiedziliśmy podczas festiwalu są godne polecenia i warte uwagi. Każde ma swój klimat, w Warungu poczujemy się trochę jak w Indonezji, a Drukarnia przeniesie nas do czasów PRL i zachwyci nie tylko wnętrznem, ale także niesamowitymi smakami i pięknie podanymi daniami.

Drukarnia
Ocena: ★★★★★★★★ 8/10
Adres: Mińska 65, Warszawa

Warung Jakarta
Ocena: ★★★★★★★ 7/10
Adres: Piękna 28/34, Warszawa

wtorek, 7 listopada 2017

Po długiej nieobecności powracamy w nowym składzie. Przez 4 lata nie próżnowaliśmy i odkrywaliśmy nowe smakowite miejsca, które zamierzamy teraz ponownie odwiedzać i opisywać. Nieco zmienimy formę bloga. Przynajmniej raz w tygodniu będziemy wrzucać nową recenzję, otworzymy nowy dział poświęcony podróżom. Będziemy opisywali tam nasze wojaże, kulinarne doznania i miejsca warte odwiedzenia.  Stworzymy weekendowy kulinarny przewodnik po Warszawie, który podczas waszej kilkudniowej wizyty podpowie które spośród setek warszawskich restauracji warto odwiedzić. Powrócimy też do opisanych już miejsc i pokażemy jak uległy zmianie. Ponadto odwiedzimy stołeczne kursy kulinarne, z nadzieją, że kiedyś zostaniemy właścicielami nagrodzonej gwiazdką Michelin restauracji. Bądźcie z nami, bo będzie się działo!



czwartek, 29 sierpnia 2013

W ubiegłą niedzielę przy nadwiślańskim barze Niedorzeczni 500od1500 odbył się gastronomiczny event- żarcie na kółkach.  Jak sama nazwa wskazuje, na niewielkim placyku obok kontenera serwującego napoje oraz inne napitki alkoholowe zebrało się całe multum ciężarówek przystosowanych do serwowania szybkich dań. Goście imprezy mogli wybierać spośród: Bobby Burger, Beef'N'Roll, Co Ja Ciacham, Dobra Buła, Foodwózek Marrakesh, Jakie Taco?!, Meat Me Sandwiches, Pasta Mobile, Pizza z Żuka, Roots Food Truck, Rollos Crepes, Ricos Tacos, Soul Food Burger, Tornado Cafe, Wurst Kiosk, Wheel Meal oraz Zapiekanka Snack Bus.



Żeby zaspokoić rosnący głód wybraliśmy Beef'N'Roll oraz Ricos Tacos.




W nieźle odpicowanej ciężarowce Beef'N'Roll możemy znaleźć klasyczne kanapki czyli classic, cheese, BBQ jak i trochę bardziej oryginalne wersje burgerów - chilli, kanapka miesiąca oraz flagowy Beef'N'Roll. Nasz wybór padł na BBQ z dodatkowym serem (19 zł + złocisz za kawałek sera). Wnętrze kanapki smakowało prawidłowo, mięso było soczyste i doprawione, do tego duża ilość świeżych warzyw. Sos BBQ raczej dość przeciętny, mało wyrazisty i dość powtarzalny. Najmniej polubiliśmy bułkę, nie jesteśmy pewni czy jest to wina przepisu, czy przypadku ale smakowała gorzko, psując cały smak kanapki. 






Mając ochotę na meksykańskie żarcie kolejnym odwiedzonym przez nas stoiskiem było Ricos Tacos. W ofercie food-tracka znajdziemy tacosy z wołowiną, kurczakiem na dwa sposoby oraz wersję wegańską. Za jedną sztukę płacimy tu 6 zł, za trzy - 15 zł, mix kosztuje odpowiednio 17 zł. Ricos Tacos proponuje nam Horchatę czyli ryżowy napój z dodatkiem migdałów i cynamonu ( 10zł ), który smakuje bardzo nietypowo, ale jest przy tym orzeźwiający i pyszny. Tacosy nie dorównują do pięt, tym które wcześniej jedliśmy (między innymi w Santa Marii ). Klienci do wyboru mają trzy sosy o różnych stopniach ostrości, chociaż dla nas niewiele one się od siebie różniły. Warto zwrócić również uwagę na stan ciężarówki w jakiej serwowane jest jedzenie, nie wymagamy dużo, ale utrzymywanie czystości przy serwowaniu jedzenia jest koniecznością. Niestety nie wszyscy o tym pamiętają. 






Podsumowując: Żarcie na kółkach to fajny pomysł, ale wymaga dopracowania. Przyczepy były ściśnięte na małej powierzchni, organizatorzy nie pomyśleli też o właściwym zorganizowaniu sprzedaży napojów (jeden punkt z bardzo długą kolejką). Żałujemy, że większość mobilnych barów to burgery i czekamy na coś co nas zaskoczy.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Jesteśmy zwolennikami zdrowego jedzenia, no może pomijając burgery. Śniadanie to najważniejszy posiłek podczas dnia, dobrze jak składa się ze świeżych i ekologicznych produktów. Parę tygodni temu mieliśmy możliwość po raz pierwszy uczestniczyć w ursynowskim targu śniadaniowym podczas którego zajadaliśmy się wieloma fantastycznymi, zdrowymi i smacznymi produktami. Wydarzenie to odbywa się regularnie co niedzielę w Sadku Natolińskim.


Jak przystało na dobry festiwal/targ jedzeniowy wystawców było wielu. Na miejscu stawiliśmy się po 10, frekwencja zdecydowanie nas zaskoczyła, ludzi było mnóstwo. Na stoiskach spotkaliśmy wiele znanych nam już rzeczy, ale także mnóstwo nowości: świeże, ekologiczne pieczywo, omlety i jajecznice z wiejskich jaj, zdrowe koktajle warzywno - owocowe, pyszne lemoniady czy też jogurtowo - owocowe lody.









Naszym śniadaniowym wyborem padł wiejski omlet z serem, szynką, pomidorami i szczypiorkiem (14zł). Smakował zdecydowanie świeżo, zdrowo, znakomicie. Z naszego talerza znikną szybciej niż się pojawił. Z powodu strasznego upału spróbowaliśmy też warzywno - owocowego szejka. Połączenie szpinaku z pomarańczą, bananem, miodem i cytryną nie brzmiało zachwycająco. Jednak tu się myliliśmy... Był to chyba najlepszy koktajl jaki piliśmy! Połączenie smakowe zdecydowanie ciekawe i smaczne!









Podsumowując: Uważamy targ śniadaniowy za bardzo udane wydarzenie. Cieszy nas cykliczność eventu i różnorodność jedzenia i picia, każdy znajdzie coś na ząb. Jak wiadomo co smaczne nie musi być zdrowe, jednak na śniadaniowym targu dowiecie się, że zdrowe jedzenie jest bardzo dobre w smaku! 


poniedziałek, 1 lipca 2013

Jedna z najlepszych warszawskich burgerowi, czyli lubiany przez nas Barn Burger, o której pisaliśmy już wcześniej, podjęła się zorganizowania nietypowego eventu. Ścigać się można we wszystkim, w bieganiu, w pływaniu, na rowerze, w bobsleju, samemu lub w zespole. Walczyć o jak najlepszy czas można także w jedzeniu. Ekipa Barn Burger postanowiła zaprosić obżartuchów do zawodów w pochłanianiu (nie jedzeniu, POCHŁANIANIU) burgerów na czas.



Przedstawiciele WE również odważyli się stanąć w szranki. Lekko przerażeni, po dotarciu na miejsce, ocenialiśmy konkurencję szacując kto ile może zjeść. Zawodnicy byli bardzo zróżnicowani, od chudzinek po słusznie zbudowanych panów, znalazło się również kilka pań chcących wziąć udział w zawodach. 




Organizatorzy od początku ustawili poprzeczkę wysoko. Uczestnicy dobierani byli w pary, ten który szybciej pochłonął swoją kanapkę, przechodził do następnej rundy. Łatwo było policzyć, że zwycięzca musiał zjeść aż 6 burgerów, czyli jedyne 1200 gramów mięsa (wersja optymistyczna). W pierwszej rundzie wielbiciele burgerów musieli zmierzyć się z niemałym burgerem Heart Attack. 


 Techniki były najróżniejsze,od najbardziej miłej dla oka, klasycznej metody, poprzez zgniatanie, wpychanie i wszelakie rozdrabnianie. Reprezentanci WE dali szansę wygrać innym uczestnikom wspaniałomyślnie przegrywając w pierwszej rundzie. W późniejszych rozgrywkach  nie liczyło się kto szybciej zje burgera, ale kto w ogóle go przeżuje i połknie. Wszystkim uczestnikom gratulujemy odwagi, a wygranym rozciągniętych żołądków i niezłych umiejętności. 







czwartek, 20 czerwca 2013

W ostatnią niedziele zachęceni ogromną reklamą fejsbukowo - radiową wybraliśmy się na festiwal jedzenia ulicznego organizowanego przez właściciela Spoco Loco - Tomasza Jakubiaka. Impreza organizowana była w miasteczku Wilanów. Na miejsce dotarliśmy 2 godziny po rozpoczęciu eventu i to co tam zastaliśmy zdecydowanie przeszło nasze oczekiwania!


Zacznijmy jednak od początku. Na festiwalu oprócz znanych nam już nazw (Bocca Burger, Spoco Loco, Groole, Subway(?!), Soul Burger) pojawiło się coś nowego, a dokładnie krakowski Moa Burger. Chętnie spróbowalibyśmy potraw z każdego stanowiska, jednak nasze żołądki nie byłyby w stanie tego pomieścić, a nawet jakby pomieściły, to ważylibyśmy po 300 kg. Ograniczyliśmy się więc do przetestowania burgerów naszych południowych kolegów. Żeby zjeść to cudo musieliśmy zaczekać w kolejce koło 50 minut, nie ma co się jednak czemu dziwić, po 2 godzinach festiwalu Moa burger zamówionych miał już ponad 100 burgersów. Cała ekipa uwijała się jak mogła, jednak ciężko było im dostarczyć tyle kanapek w krótkim czasie. Z menu zawierającego 3 pozycję, każda po 20 zł wybraliśmy BBQ (mięso wołowe,  boczek, sos BBQ, sałata, ogórek, pomidor, czerwona cebula, sos pomidorowy, majonez) oraz MOA (mięso wołowe, boczek, ser edamski, burak, ananas, sałata, pomidor, ogórek, czerwona cebula, sos pomidorowy, majonez.).





Już po samym wyglądzie można było stwierdzić, że kanapki będą smaczne, fajna bułka, oryginalnie doprawione mięso, ciekawe dodatki. Tablica z menu głosiła, że burger zawierał 200 g mięsa, jednak wydawał się o wiele większy. A smak? REWELACJA, dawno nas nic tak pozytywnie nie zaskoczyło! Idealne wręcz burgery, PYCHA! Jedyną wadą jaką znaleźliśmy w MOA jest to, że znajdują się tylko w Krakowie... Zapraszamy do Warszawy! Krakowianie przy pracy:



Kontynuując opisywanie festiwalu, oprócz burgerów na wielu stanowiskach mogliśmy znaleźć wiele ciekawych i zdrowych własnych wyrobów:






Oraz znanych już nam rzeczy:






Warto też wspomnieć, że podczas festiwalu organizowanych było wiele konkursów np. na jedzenie burgerów na czas, warsztaty kulinarne dla najmłodszych (Szkoła na widelcu) oraz przez cały czas towarzyszył nam DJ. 

Organizator pomyślał także o najmłodszych, które oprócz warsztatów mogły korzystać z trampoliny, dmuchanego zamku, oraz strefy kolorowania śmiesznym piaseczkiem.




Podsumowując: Festiwal uważamy za udany. Idea slow foodu stała się ostatnio bardzo popularna, szkoda tylko, że organizatorzy i wystawcy festiwalu aż za bardzo wczuli się w rytm slow. Przyjechaliśmy dość wcześnie, więc kolejki nie były jeszcze powalające. Jednak koło godziny 15 ogonki skutecznie zniechęcały gości, co gorsza w wielu stoiskach skończyły się również składniki. Przypuszczamy, że było to spowodowane zaskakująco dużą liczbą odwiedzających. Liczymy na kosmetyczne poprawki organizacyjne i nie możemy doczekać się następnego razu! 

Pozdrawiamy!